Popyt tworzy… popyt

Trzydzieści sześć ofert pracy rocznie dla jednego, przeciętnego pracownika polskiego rynku usług IT! W 2016 było zdecydowanie gorzej – tylko 15. Analitycy, konsultanci, testerzy, programiści, kierownicy projektów – przyjmiemy każdego, kto chce się rozwijać. Czy to naprawdę możliwe?

Sprawdzam zatem u źródła. Dzwonię do znajomych z branży IT – z różnym doświadczeniem, wiekiem, wykształceniem. “Kiedy szukałeś ostatnio pracy?” Odpowiedzi pokazują obraz prawdziwych książąt rynku pracy. Nikt z pytanych nie szukał pracy samodzielnie. Zostali zrekrutowani przy “tradycyjnym” piwie przez znajomych lub przez headhunterów z portali społecznościowych.
Przypadek skrajny otrzymuje 5 interesujących ofert pracy miesięcznie. Zgłaszają się do niego głównie pracodawcy z Wielkiej Brytanii, Niemiec, USA czy Szwajcarii. Właśnie za pośrednictwem sieci społecznościowych. Jeśli przyjmie ofertę może pracować zdalnie lub w siedzibie firmy, a warunki finansowe są również “dewizowe”. Kusząco.

Dlaczego zostaję w Polsce?

Wspomniany wyżej “skrajny przypadek” chce zarabiać więcej – jak każdy z nas. Chce rozwijać się zawodowo – czy znacie kogoś twierdzącego, że nie chce? Szuka też równowagi pomiędzy życiem prywatnym, a zawodowym. To wszystko, jak się okazuje, zapewnia mu polski pracodawca. Płaska struktura, dobre relacje i satysfakcjonujące pieniądze. Rozwój zawodowy stymulowany przez projekty wykonywane dla zagranicznych zleceniodawców.

Przypadek skrajny otrzymuje 5 interesujących ofert pracy miesięcznie. Zgłaszają się do niego głównie pracodawcy zagraniczni z Wielkiej Brytanii, Niemiec, USA czy Szwajcarii.

Co ważne, projekty prowadzone są w metodologii stosowanej przez najważniejszych graczy tworzących standardy na światowym rynku IT. Jest jeszcze jeden ważny klocek w tej układance. Rentowność. A ta jest wystarczająco wysoka, żeby mieć najlepszych i naprawdę zaangażowanych w swoją pracę ludzi.

Kto kogo potrzebuje?

Właściwie odpowiedź jest tak prosta, że można się w niej doszukiwać drugiego, a może nawet trzeciego dna. Każdy potrzebuje każdego – to oczywiste. Brytyjscy lub niemieccy zleceniodawcy potrzebują nas, bo jesteśmy bliscy geograficznie i kulturowo oraz najtańsi w nearshoring’u. My potrzebujemy ich zleceń, bo oni płacą lepiej, niż my możemy zapłacić sami sobie.

“Z Chińczykami i Hindusami było naprawdę tanio, ale nie szło nam tak, jak zakładaliśmy. Byli za daleko, mieli zbyt wyluzowane podejście do pracy i jedli głównie ryż lub curry – no i ten azjatycki angielski… Może spróbujmy w Europie – kto jest blisko nas i wie do czego może służyć ziemniak?” I tak nearshoring trafił do Polski.

Napędzający polską branżę IT nearshoring jest nowszą i ulepszoną wersją stosowanego od dawna “zachodniego” offshoringu, który często miał rekordowo niską efektywność. Upraszczając: sytuacja z perspektywy Londynu czy Monachium wyglądała następująco. “Z Chińczykami i Hindusami było naprawdę tanio, ale nie szło nam tak, jak zakładaliśmy. Byli za daleko, mieli zbyt wyluzowane podejście do pracy i jedli głównie ryż lub curry – no i ten azjatycki angielski… Może spróbujmy w Europie – kto jest blisko nas i wie do czego może służyć ziemniak?” I tak nearshoring trafił do Polski.

Trzecia droga

Skoro już wiemy, że Niemcy i Brytyjczycy lubią ziemniaki, piwo i niższe koszty pracy to może czas pojawić się u nich z bezpośrednią ofertą. Brytyjczycy tworzą u nas spółki technologiczne lub wynajmują polskie software house’y. Korzystają z polskich pracowników pracujących przy brytyjskich projektach. Czy możliwe jest odwrócenie tej sytuacji? Co, a może kto, stoi na przeszkodzie realizacji tych samych zadań przez oddziały polskich spółek rezydujących w Wielkiej Brytanii?

Zacznijmy od zmiany paradygmatu. Czy tylko jedna strona może inicjować współpracę?Nie mamy problemu z wyobrażeniem sobie aktywności firmy z kapitałem brytyjskim na terenie zbiurokratyzowanej Polski. Dlaczego myślimy, że spółka z kapitałem polskim nie potrafi zdobyć zleceń w Wielkiej Brytanii, za wyższe stawki?
Pomóżmy brytyjskim spółkom zrealizować marzenia o współpracy z polskimi firmami IT na warunkach proponowanych w Londynie, a nie w Warszawie, Wrocławiu czy Krakowie. Zasady współpracy przedstawi brytyjski specjalista sprzedaży zatrudniony w firmie z polskim kapitałem.

Ta sytuacja jest naprawdę możliwa! Mamy na to zrealizowane przykłady.

 

Pomóż nam wspierać polskie firmy i udostępnij (dziękujemy!)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *